Przejrzeć Steve’a. „Carmine Gallo – Steve Jobs: Sztuka prezentacji”

John Lennon, Paul McCartney i George Harrison zanim odnieśli swój największy sukces* przez 10 lat nieustannie ćwiczyli, grając w zespole, który finalnie przybrał nazwę „The Beatles”. Steve Jobs, jakiego pamiętamy z olśniewających prezentacji iPoda, iPhone’a, czy MacBooka, ćwiczył swoje umiejętności ponad 20 lat, a każdy slajd przez dziesiątki godzin.   Jeśli stać Cię na taki wysiłek – śmiało sięgaj po książkę Carmine Gallo „Steve Jobs: Sztuka prezentacji. Jak świetnie wypaść przed każdą publicznością”. Jeśli nie – i tak warto ją przeczytać, chociaż o sławie Beatlesów i Jobsa możesz od razu zapomnieć.

 

Straszne dobrego początki

Książka Carmine’a Gallo, byłego dziennikarza biznesowego, od 2001 roku doradzającego korporacjom w komunikacji z rynkiem, zaczyna się fatalnie. Od obwieszczenia światu oczywistej oczywistości – zanim coś powiemy – warto zastanowić się co mamy do powiedzenia. Przez dwa pierwsze rozdziały („Planujemy analogowo” i „Odpowiedź na najważniejsze pytania”) przez strony z rzadka przemykają praktyczne i odwołujące się do tytułowej obietnicy (poznasz sztukę prezentacji Steve’a Jobsa) wskazówki takie jak – zaplanuj prezentację na kartce, ponieważ pozwala to skupić się na jej sensie, a nie graficzno-animacyjnej warstwie, czy poświęć jeden slajd tylko jednej myśli. Ale jeśli nie jesteś w kwestii prezentacji biznesowych zupełnym żółtodziobem – trudno będzie Ci się oprzeć się wrażeniu, że truizm goni truizm i gorzej być nie może. Gallo szybko wyprowadza nas jednak z błędu rozdziałem trzecim, w którym płycizną spostrzeżeń metafizycznych może konkurować wyłącznie z Paulem Coelho. Swoje trzy grosze dorzuca tutaj również fatalne przetłumaczenie tytułu rozdziału na tautologiczne „Rozwijamy mesjanistyczne poczucie misji” (w oryginale „Develop a Messianic Sense of Purpose”).

 

Pozwól, by inni mówili Twoimi słowami

Może Gallo uległ szatańskim podszeptom wydawcy, żeby napisać coś o osobowości Jobsa, a może po prostu chciał trzema fatalnymi rozdziałami stworzyć kontrast do coraz lepszych kolejnych. Ten drugi zabieg rzeczywiście działa. Rozdział czwarty, czyli „Twitterowe nagłówki” rozpoczyna część książki, od której powinno się zacząć jej czytanie. Gallo przygląda się hasłom, jakie Jobs umieszczał na swoich slajdach. Nie znalazł wśród nich „Poznajcie supercienki notebook z niesamowicie szybkim procesorem”, tylko „Najcieńszy notebook świata”. Nie ma „Telefonu z wyświetlaczem reagującym na dotyk dwoma palcami pozwalającego łatwo korzystać z Internetu” – jest słynne „Apple na nowo wynalazł telefon”. To prawda, nie w każdej prezentacji biznesowej można sobie pozwolić na tak buńczuczne hasło, ale w każdej można przekazać chwytliwy slogan, którym nasi widzowie zaczną się posługiwać jak swoim. Na tym zresztą – pisze Gallo – polegała chwytliwość haseł Jobsa – były tak zgrabne, że po prezentacji zaczynały żyć własnym życiem.

 

Gdyby Gallo znał w chwili pisania swojej książki „Pułapki myślenia” Daniela Kahnemana (a znać nie mógł, ponieważ „Steve Jobs: sztuka prezentacji” wyszła 2 lata przed „Pułapkami myślenia”) pewnie zauważyłby, że hasła Jobsa odwołują się do tego, co Kahneman nazywa „myśleniem szybkim”. To hasła takie jak „Uciekaj pożar!”. W ułamku sekundy wiadomo o co chodzi. Tymczasem prezentacje które zwykle tworzymy zdecydowanie przypominają chłodno-racjonalny styl Billa Gatesa (porównaniu języska Jobsa i Gatesa Gallo poświęca osobną część), styl myślenia wolnego, opartego o racjonalne argumenty. U Gatesa to samo hasło – „Uwaga pożar!” brzmiałoby zapewne „W sytuacji nagłego wzrostu temperatury wywołanej utlenianiem węgla oddal się w obawie przed termiczną denaturacją białek”.

 

Gallo na nowo wymyśla historię

Sprawa zauważenia przez Carmine’a Gallo dorobku nauki i kultury wspierających sztukę prezentacji

Carmine Gallo

Carmine Gallo

Jobsa nie jest jednak aż tak oczywista. Jednym z najciekawszych rozdziałów książki jest ten, w którym Gallo pokazuje z jaką niezwykłą konsekwencją Jobs stosuje trójkową kompozycję swoich prezentacji i przemówień. Twórca Apple’a zawsze ma do przekazania swoim widzom trzy proste rzeczy. I robi to w trzech oczywistych krokach. A powody, dla których warto mu uwierzyć zawsze są trzy (nawet jeśli na końcu zdarzy się coś jeszcze – Jobs obwieszcza wtedy, że ma jeszcze niespodziankę). Entuzjazm Gallo dla jobsowskiego trójpodziału jest tak gorący, że czekałem na pointę rozdziału „Jobs na nowo odkrył prawa kompozycji”. Jakby świat rozpoczął się na Macworldzie i nie było wcześniej pitagorejskiego początku, środka i końca, nie było trójcy świętej, „omne trinum perfectum”, „Boh trojcu lubit’ „, ani trójpodziału władzy.

 

Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć

Ulubioną częścią książki jest dla mnie ta poświęcona ćwiczeniom i nieustannemu poprawianiu tego, co uważamy za już doskonałe. W taki właśnie sposób Jobs stał się mówcą  doskonałym. Największym zaskoczeniem odkrycie, że Jobs mimo setek godzin poświęconych na przygotowanie i ćwiczenie kilkunastoslajdowej prezentacji – posługiwał się notatkami. To pewnie z tego powodu funkcja tworzenia notatek widocznych tylko dla autora prezentacji najpierw pojawiła się w applowskim Keynote, a dopiero kilka lat później docenili ją twórcy PowerPointa. W 2007 roku, kiedy iPhone ujrzał światło dzienne, Jobs prezentował m.in. jakie możliwości daje zainstalowana w iPhonie aplikacja Google Maps. Spójrz na 46 minutę tego filmu.

Jobs znalazł w Google Maps miejsce w którym odbywała się konferencja, następnie odszukał najbliższą kawiarnię Starbucks, wprosto z Google Maps zadzwonił do Starbucksa i na oczach zgromadzonych zamówił 4 tys. kaw latte (dla wszystkich zgromadzonych na prezentacji). Szybko sprostował, że to tylko żart i się rozłączył. Publiczność buchnęła śmiechem. Ale jeden z widzów prezentacji uchwycił aparatem kartkę z notatkami Jobsa, gdzie cały ten spontaniczny żart został wcześniej zaplanowany i opisany.

Notatki Jobsa do prezentacji iPhona, 2007

Takich dekonstrukcji Jobsa w książce Gallo jest sporo. Mocną stroną książki jest nieustanne odwoływanie się źródeł wideo – tę książkę można i należy czytać z ekranem w dłoni. Gallo podaje konkretne linki do filmów dostępnych na YouTube, pokazujących omawiane przez niego w książce prezentacje. Nie wszystkie linki są jeszcze aktywne, ale dość łatwo jest odnaleźć te same filmy w innych miejscach. To, czego brak w samej książce to slajdów Jobsa w wersji graficznej. Zapewne wynika to z faktu, że Jobs miał obsesję kontroli – zatem Gallo nie miał szans zdobyć licencji na ich publikację. Radzi sobie z tym problemem całkiem zgrabnie- każda z omawianych prezentacji przedstawiana jest jako składająca się z dwóch kolumn tabela. W prawej kolumnie znajduje się krótki opis tego, co znajdowało się na slajdach. W lewej kolumnie-  cytowane są słowa Jobsa poświęcone każdemu ze slajdów.

 

Wracając do głównego przesłania książki i muzycznych analogii od których zaczyna się ta recenzja – w  jednym z najbardziej brodatych polskich żartów spóźniony muzyk pędzi do filharmonii w słabo znanym sobie mieście i zgubiwszy drogę krzyczy przez uchylone okno opierającego się o hydrant pracownika miejskiego zakładu wodociągów „Panie, jak trafić do filharmonii?” Na co pykający papierosa mężczyzna odpowiada ze stoickim spokojem „Ćwiczyć. Ćwiczyć. I jeszcze raz ćwiczyć.”. To, co zrobił Jobs nie jest więc wiedzą tajemną. Nie wiemy tylko dlaczego nie wszystkim nam chce się tak, jak Jobsowi.

 

I jeszcze jedno

Jedną z głównych wad książki Gallo jest fakt, że dość trudno ją dziś dostać. O ile mi wiadomo miała w Polsce tylko jedno wydanie. Nie ukrywam, że z tego powodu poczyniłem z niej szersze, niż zazwyczaj notatki**. Jeśli nie uda się wam jej znaleźć w Polsce – w ciągłej sprzedaży dostępna jest – również jako ebook – w USA.

——

* Muzycy występowali od 1956 roku pod nazwą The Quarrymen, album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band nagrali w 1966 roku. Ze Stevem Jobsem łączy ich nie tylko wytrwałość w dążeniu do sukcesu – ale także nazwa firmy, którą założyli. Apple Corps powstała w 1968 roku jako biznesowe ramie Beatlesów, zajmujące się głównie eksploatacją praw do nagrań.

** Dziękuję bardzo mojemu bardzo oczytanemu współpracownikowi, Grzegorzowi Wziętkowi z firmy New Media Ventures, za wypożyczenie mi tej książki.

Leave a Comment

Filed under Recenzje

SCRUM. Ewolucja na turbodoładowaniu

Ta historia rozpoczyna się prawie 70 lat temu. 5 lat po II wojnie światowej dawni sprzymierzeńcy – ZSRR i USA – stają po dwóch stronach frontu. Choć Stalin niechętnie patrzy na wysłanie do Korei armii lądowej – z głębi Chin startują rosyjskie myśliwce MiG-15. Arcydzieło techniki. 1,4 tys. km zasięgu. Pułap – 15,5 km. 1,1 tys. maksymalnej prędkości. I niesamowity ciąg 26,5  kN, dający możliwość wznoszenia o 50 metrów w ciągu sekundy. MiG-15 w każdej kategorii niemal na głowę bił F-86 Sabre, którym dysponowali Amerykanie. A jednak to Amerykanie wygrali wojnę koreańską chwaląc się m.in., że każde 10 strąconych MIGów kosztowało ich zaledwie jednego straconego F-86*.

Manewruj albo giń

Tej historii nie znajdziesz w książce „Zarządzanie projektami ze SCRUMem.”** Ale decyduje ona o tym, dlaczego  musisz poznać SCRUMa – niezależnie od tego, czy zajmujesz się produktem, finansami, czy sprzedażą.

 

Zastanawiając się nad fenomenem – dlaczego ewidentnie słabsze amerykańskie samoloty rozniosły radzieckie MIGI – John Boyd, jeden z najbardziej znanych amerykańskich instruktorów lotnictwa doszedł do wniosku, że kluczowe znaczenie miała budowa kokpitu. Amerykańscy piloci mieli nad głowami w pełni przejrzystą owiewkę, która pozwalała im na obserwację zdecydowanie szerszego pola. Radzieckim pilotom widok do góry i na boki częściowo zasłaniały słupki. Boyd uznał, że co prawda Rosjanie mogli realizować manewry lepiej ale – z powodu ograniczeń w polu widzenia – później podejmowali decyzje o ich rozpoczęciu. W ten sposób narodziło się prawo Boyda – o sukcesie decyduje nie precyzja działania, ale tempo podejmowania zmian. Ewolucja na turbodoładowaniu. Przetrwają tylko najlepiej dostosowane produkty. Tym właśnie jest SCRUM.

Właściciel produktu to nie kierownik projektu

„Zarządzanie projektami ze SCRUMem. Twórz produkty, które pokochają klienci” Romana Pichlera w sam raz nadaje się do tego, żeby poznać SCRUM na biznesowym poziomie. Pichler należy do grupy najbardziej doświadczonych europejskich trenerów SCRUM. Urodzony w 1970 roku w Niemczech, karierę autora książek zaczął w 2007 roku tytułem „Scrum – Agiles Projektmanagement erfolgreich einsetzen”. Od prawie dekady mieszka jednak w Londynie i kolejne książki wydaje już po angielsku.

Pichler rozpoczyna swoją książkę od opisania właściciela produktu. Osoby, która ma wizję i potrafi ją zrealizować. Jest liderem, ale takim, który nie zdusi zespołu (samoorganizujący się zespół to – obok właściciela produktu – drugi kluczowy zasób SCRUM). Komunikuje czego oczekuje, ale negocjuje jak cały zespół to osiągnie. Pichler wskazuje też dlaczego nie należy mylić właściciela produktu z kierownikiem projektu. Od kierownika projektu nikt nie oczekuje wizji. Ma być wykonawcą. W dodatku rozliczać zespoły, których nie jest członkiem. Właściciel produktu nie rozlicza, tylko dowodzi i płynie na tej samej łodzi, co reszta zespołu. Mniej miejsca Pichler poświęca SCRUM Masterowi, konsekwentnie  nazywanemu w tej książce „mistrzem młyna” (pojęcie SCRUM Master, które ugruntowało się już w biznesowo-projektowym języku także w Polsce nie pojawia się ani razu). Za to bardzo dokładnie przygląda się procesowi budowania i nieustannego poprawiania wizji produktu. W tym nieustannym poprawianiu znajduje odzwierciedlenie prawo Boyda i powiedzenie Amerykanina: „to, gdzie znajdujesz się dziś nie ma tak dużego znaczenia jak to, gdzie znajdziesz się jutro”. Pichler przestrzega więc nieustannie przed wizjonerskim zadufaniem. „Tworzenie wizji jest procesem odkrywania, pozyskiwania wiedzy i uczenia się, co wymaga eksperymentów”. Czyli nieustannego sprawdzania, czy wizja twórcy i potrzeby odbiorcy nadal się ze sobą zgadzają. Proponuje tu zresztą zastosowanie tzw. cyklu Deminga, twórcy doskonałości japońskiego przemysłu, o którym jego ojczyzna – czyli USA – przypomniała sobie dopiero gdy w latach 80-tych amerykańskie marki zaczęły tracić rynek na rzecz konkurencji zza Pacyfiku. „Wypuszczaj produkt szybko, obserwuj reakcję rynku i dostosowuj do niej swój produkt” – pisze Pichler. Truizm. Ale im genialniejszy produkt właśnie wymyśliliśmy – tym trudniej będzie zastosować radę Pichlera.

Poker planistyczny i tajemnicze „story points”

Jednym z najciekawszych rozdziałów książki „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” jest ten poświęcony planowaniu wydania. Wydanie produktu to jego konkretna wersja. Każde nowe wydanie musi być w sposób zauważalny dla użytkowników lepsze od poprzedniego. Co nie oznacza, że musi być w całości inne. Pichler sprawnie opisuje planowanie wysiłku, który jest potrzebny na realizację wydania – i świetnie tłumaczy czym są „story points” (a z naocznego doświadczenia wiem, że nawet doświadczeni właściciele produktu miewają problem z wytłumaczeniem istoty „story points” doświadczonym menedżerom). Pichler proponuje, by kolejne nominały tej SCRUMowej waluty miały wartość 1, 2, 3, 5, 8, 13…., nie jednak nie 21 jak wskazywałby ciąg Fibonacciego, ale 20. Niestety autor nie tłumaczy skąd się bierze ta 20-stka. W startupowym towarzystwie na pewno przyda się też wiedza czym jest „poker planistyczny” i wykres spalania – to zresztą sposób kontrolowania postępu prac, który przyda się nie tylko SCRUMowcom.

Karty do pokera planistycznego

 

Książka Pichlera nie dla SCRUM Mastera

Książka Pichlera jest na wskroś praktyczna. Nie znajdziemy w niej efektownych porównań (choć celnych zdań nie brak), ani własnych koncepcji autora dotyczących drogi rozwoju zwinnych metodyk. Nie jest to również książka dla osób, które postawiły sobie za cel zostanie (albo już zostały) SCRUM Masterem, czyli mistrzem młyna. Dla nich to co najwyżej przystawka przed głównym daniem. Ale dla stykających się ze SCRUMem menedżerów – w sam raz. A na przeczytanie wystarczy zarezerwować sobie jedne, góra dwa wieczory.

 

Paris – Mondial de l’automobile 2016 / Mercedes MAYBACH 6

W czasie, kiedy czytałem „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” w Paryżu trwał właśnie doroczny salon samochodowy. Pierwszy, na który marki z ojczyzny Romana Pichlera przywiozły bardzo silną reprezentację aut elektrycznych. Zdążyli na ostatnią chwilę, bo odkąd zaprzyjaźniłem się ze SCRUM nie mam już wątpliwości, że auta elektryczne wygrają ze dieslami. Nie dlatego, że wymusi to jakaś norma Euro X, że są cichsze, ani że mniej się psują. Wygrają, bo można je tworzyć używają SCRUM. A to oznacza, że będą lepsze od spalinowych pod każdym względem.

 

 

—————

* Po otwarciu zimnowojennych archiwów okazało się, że przelicznik był zdecydowanie mniej korzystny dla F-86, niż utrzymywali wcześniej Amerykanie. Ale legenda pozostała.

** Dziękuję Grzegorzowi Mogilewskiemu, który opowiedział mi tę historię i Romanowi Młodkowskiemu, dzięki któremu poznałem Grzegorza Mogilewskiego.

 

 

 

 

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Turbomachina sprzedaży – czas start!

Jeśli trafiłeś kiedyś na ogłoszenie o pracę: „Tylko supergwiazdy od XXX tys. do YYY  tys. Dzwoń tylko wtedy, jeżeli w pracy przekraczasz normę i potrafisz to udowodnić” – dzwoń bez zastanowienia. Może autor tego ogłoszenia nie należy do najbardziej oryginalnych – ale bez wątpienia potrafi czerpać z dobrych wzorców. A jeśli chodzi o wybór szefa – to już coś!

zarzadzanie-sprzedaza_188

Autorem wzorca na którym oparł się Twój (być może) przyszły szef jest wydana przez MT Biznes, pod absolutnie niepozornym tytułem „Zarządzanie sprzedażą”, książka Cheta Holmesa „The ultimate seles machine”. Holmes nie był akademikiem jak Drucker, ani celebrytą jak Jeffrey Gitomer. Nie ma nawet swojej strony w angielskim wydaniu Wikipedii (w polskim też nie).  Miał za to cierpliwość, żeby budować sprzedaż obliczoną nie na chwilowy sukces okupiony nadludzkim wysiłkiem, ale na długotrwały efekt, który nie zniszczy najlepszych sprzedawców. I nieco (choć bez przesady 🙂 ) skromności, nie trzeba więc siadać do jego książki z odtrutką na typowy styl amerykańskich mówców motywacyjnych.

Andrzej Blikle, autor jednej z moich ulubionych książek „Doktryna jakości”, pisze, że dobra praca to praca lekka. Profesor Blikle ma w Checie Holmesie silnego sprzymierzeńca. Holmes zaczyna swoją książkę nie od 3, 10 czy 15 technik skutecznej sprzedaży, ale od rzeczy przyziemnej – porządkowania własnej skrzynki pocztowej. I takiego zorganizowania rzeczywistości, żeby czytelnik książki nie potykał się o własne nogi. Można to nazywać szumnie „Zarządzaniem czasem”, można mniej widowiskowo – usuwaniem barier. Albo „Traktatem o dobrej robocie”, którego Holmes raczej nie znał, ale nie jest mu daleko do prof. Kotarbińskiego.

Mało natomiast prawdopodobne, żeby Holmes nie znał „Getting things done” Davida Allena*. W jego metodologii zarządzania wyraźnie widać wpływy świetnych koncepcji Allena. Holmes pisze jednak o budowaniu turbomachiny sprzedaży, w którym kluczowa rola należy do szefa sprzedaży. Dlatego zadaniem czytelnika „The ultimate sales machine” jest wdrożyć cały ekosystem sprawnego działania, a nie – jak u Allena – przede wszystkim usprawnić zarządzanie własnym czasem. Obie koncepcje są jednak dość spójne. Nie zgadzają się tylko w jednym punkcie – Holmes każe planować dzień godzina po godzinie, kiedy Allen odrzuca takie planowanie na rzecz listy z kontekstem działania. W sprzedaży wolę rozwiązanie Holmesa – lepiej dyscyplinuje tych członków zespołu, którzy mają opory przed dzwonieniem do nowych klientów. Brakuje mi natomiast u Holmesa świetnej allenowskiej koncepcji spisywania „najbliższych działań”, czyli podejmowania wstępnej decyzji co zrobić z każdą sprawą z którą się zapoznajemy. Bez tej metody działania trudno będzie wdrożyć naczelną zarówno dla Allena jak i Holmesa zasadę „każdą sprawą zajmuj się tylko raz”.

Chet Holmes wobec swoich podwładnych jest nieco paternalistyczny i taką też metodę zarządzania sprzedażą proponuje swoim czytelnikom. Każe odpytywać z przeprowadzonych szkoleń, a nawet robić kartkówki. W szkoleniu nie chodzi bowiem o szkolenie, ale o efekty. Ogarnięty pasją nieustannej optymalizacji pracy zespołu autor „The ultimate sales machine” żąda od szefa sprzedaży, żeby organizował nawet szkolenia z posługiwania się komputerem. Banalne? Sprawdź we własnym zespole ile osób zna sposób na to, żeby bez odrywania rąk od klawiatury odpowiedzieć na maila w Outlooku, albo jednym naciśnięciem klawiszy skopiować komórkę Excela **.

Holmes nie skupia się jednak tylko na taktyce i codziennej pracy. Każe usuwać bariery, ale przed zdolnymi sprzedawcami. Problemem nie jest to, czy wolimy mieć w zespole zdolne osoby, czy kogoś bez inwencji. Problem polega na tym, jak w ciągu (trwającej zwykle godzinę do półtorej) rozmowy kwalifikacyjnej sprawdzić kto jest diamentem, jak Holmes nazywa najbardziej skutecznych sprzedawców. Chet Holmes po pierwsze radzi szukać cech charakteru – i to takich, które nie muszą zwiastować łatwej współpracy. Ale spowodują, że czterokrotnie odesłany z kwitkiem sprzedawca nie zrezyfnuje, tylko znajdzie inteligentny sposób, by wreszcie dotrzeć z ofertą do właściwej osoby. I daje konkretne narzędzia do tego, żeby posiadanie tych cech sprawdzić, a nie opierać się wyłącznie na deklaracjach kandydata do pracy.

Książka „Zarządzanie sprzedażą” każe szefowi sprzedaży być wymagającym wobec siebie, ale też wobec organizacji. Sprzedaż jest istotą działalności biznesowej, Holmes przedstawia więc strategie jak żądać i wydobywać z własnej organizacji jak najwięcej, by pozostałe działy wspierały sprzedaż. Bez silnego wsparcia marketingu, zakupów, czy logistyki w gruzach legnie bowiem strategia koncentracji na 100 najważniejszych klientach (i szereg świetnych pomysłów Holmesa jak zbudować u potencjalnych klientów biznesowych to, co marketingowcy nazywają „top-of-mind-awarness”).

Ostatnie rozdziały to kwintesencja sprzedaży – prezentacje handlowe, umiejętność oddzielania nabywców rokujących od wstydliwych (którzy niczego od ciebie nie kupią, ale nie umieją się do tego przyznać), czy utrzymywanie relacji z klientami. Holmes nie jest tutaj przełomowy – ale nigdy ani o centymetr nie odchodzi od swojej podstawowej zasady – sprzedaż to system, a nie zrywy od przypadku do przypadku, opierające się o lepsze lub gorsze dni Twoich sprzedawców.

 

Chet Holmes

Chet Holmes

Książka Cheta Holmesa powstała dość dawno – oryginalne wydanie datowane jest na 2006 rok – ale prócz dekoracji – nie widać, żeby się zestarzała. Niestety nie zostanie już zaktualizowana – Holmes umarł w 2012 roku na białaczkę.

 

W niezłej (choć wyraźnie wzorowanej na genialnym „The Snatch” Guya Ritchiego), komedii „Ciało” Babcia Wanda co zabiła Niemca (i – z racji swojego zawodu – także kilku bohaterów komedii) mówi „Wiecie, dlaczego ludzie najbardziej cenią szwajcarskie zegarki? Dlatego, że inne są raz lepsze, raz gorsze. A szwajcarskie są zawsze takie same. Renoma firmy!”. Nie dodała, że szwajcarskie są też najdroższe. Chet Holmes ułatwi Ci zdobycie tej samej renomy. I tej samej ceny.

 

———–

* odsyłam do kilku słów o tej książce na stronie http://produktywnie.pl/164/gtd-getting-things-done-po-polsku/

** Outlook –  Ctrl+R, a następnie Alt+S; Excel – Ctrl+D

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Genialni (i jednowymiarowi). Lwowska Szkoła Matematyczna

Stefan Banach wielkim matematykiem był. I to niestety musi wystarczyć wszystkim, którzy dzięki książce Mariusza Urbanka „Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna” postanowią poznać niezwykłą historię grupy przedwojennych uczonych.

lwowska-szkola-matematyczna

Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna

 

Urbanek zamiar miał doskonały – przywrócić zbiorowej pamięci Polaków istnienie genialnych matematyków, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym dokonywali odkryć na skalę światową. Na ponad dwustu stronach wartkiego tekstu śledzi losy Hugona Steinhausa, Stanisława Ulama,  Stefana Banacha, Stanisława Mazura, Marka Kaca, Władysława Orlicza, Władysława Nikliborca, Juliusza Schaudera, Hermana Auerbacha, Bronisława Knastra (vel. Knastera), Leona Chwistka, Antoniego Łomnickiego, Stanisława Ruziewicza, Kazimierza Kuratowskiego, Władysława Hetpera i Zygmunta Birnbauma.

Urbanek zastosował chwyt, który radykalnie ułatwia śledzenie losów bohaterów książki. Podzielił ją na nienumerowane mini-rozdziały, których tytułami są nazwiska poszczególnych matematyków. Każdy z tych mini-rozdziałów opowiada historię widzianą od strony tytułowego bohatera. Dzięki temu unikamy zagubienia w przenikających się nieustannie losach poszczególnych osób. Losach opisanych z bardzo wieloma szczegółami – faktografia zgromadzona w książce na podstawie szczątkowych źródeł (artykułów, wspomnień) jest imponująca. Imponująca, ale niestety jednowymiarowa. Urbanek pisze o swoich bohaterach w sposób  niemal bezkrytyczny, ulegając efektowi aureoli. Matematyczny geniusz lwowian powoduje, że nie ma w ich życiorysach miejsca na ludzkie błędy. Jeśli coś robią – musi to być błyskotliwe i genialne. Kiedy prof. Steinhaus beszta niemiłosiernie studenta, bo przedstawił się nazwiskiem, a dopiero później imieniem – jest to wyłącznie dowód na nadzwyczajną dbałości Steinhausa o język polski. Profesora Stanisława Mazura Urbanek wychwala, kiedy Mazur odmawia w końcu lat 40-stych przyjęcia apartamentu w warszawskiej Ali Róż (według powszechnych zasad Mazurowi należą się tylko 28 mkw). Ostatecznie Mazur jakoś tę nierówność przełknął i przyjął 4-pokojowe mieszkanie. Fakt, że matematyk miesiąc po sowieckiej agresji na Polskę w 1939 roku zagłosował za przyłączeniem ziem Rzeczypospolitej do ZSRR autor „Genialnych” zbywa kilkoma zaledwie zdaniami (wątpiącym, czy można o geniuszach pisać bez czynienia z nich bogów proponuję lekturę „Steve’a Jobsa” pióra Waltera Isaacsona).

Najdziwniejsze w tej książce jest jednak coś innego – Urbanek śledzi losy genialnych matematyków nie dotykając w żaden sposób tego, czym zajmowali się jego bohaterowie. Opowiada o tym gdzie się zajmowali – na krakowskich Plantach, na lwowskim uniwersytecie, na tamtejszej politechnice, w Getyndze, w Warszawie, Krakowie, Los Alamos. Opowiada jak się zajmowali: dyskutując przy stoliku nad mocnymi trunkami w kawiarni Szkocka, wykładając na uniwersytecie, fundując gęś w zamian za rozwiązanie zagadki, budując bombę atomową (a później wodorową). Ale samej matematyki w książce nie ma wcale, lub prawie wcale. Niełatwo, rzecz jasna, opowiedzieć czym jest przestrzeń Banacha (dociekliwych odsyłam do świetnego wytłumaczenia autorstwa Bogdana Misia, ucznia prof. Mazura), ale opowieść o tym dlaczego bez analizy funkcjonalnej trudno wyobrazić sobie np. nowoczesne leki (najpierw modelowane w komputerach, a dopiero później tworzone w rzeczywistości), czy choćby YouTube’a (i całą kompresję dźwięku oraz wideo) mogłaby się w książce zmieścić. Nie mówiąc o tym, że prawie nieobecna u Urbanka jest teoria gier, nad którą Steinhaus, czy Ulam pracowali zanim to jeszcze było modne. Efekt jest taki, że wiadomo, iż genialni matematycy zajmują się czymś genialnym. Czymś, od czego czytelników zdają się dzielić lata świetlne.

Banach, Steinhaus i inni dołączyli w ten sposób do Słowackiego. Jak to nie zachwycają Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczył Urbanek Gałkiewiczowi, że go zachwycają. Koniec i bomba.

 

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Siła nawyku, czyli tak robią wszyscy (i wszystkie)

Happy end zawsze był mocną stroną amerykańskich pisarzy. Podnosi na duchu, pozwala uwierzyć, że pracowity i uczciwy David może pokonać Mr. Goliatha. Charles Duhigg, autor książki „Siła nawyku”, siłę happy endu wykorzystał do cna – fundując czytelnikom dokładnie 19 happy endów w jednej zaledwie książce – średnio jeden na 20 stron. Książka sprzedaje się doskonale.

siła nawyku duhigg

„Siła nawyku. Dlaczego robimy to co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie”, Charles Duhigg

Przekaz jest komunikatem

Niewiele książek z kategorii zgrabnie nazwanej przez Anglosasów „non-fiction” dostało tyle marketingowego wsparcia w Polsce, co „Siła nawyku”. Kampania w internecie, fanpage na facebooku, uznana specjalistka terapii uzależnień prof. Ewa Woydyłło która w mediach opowiada o książce i a na swoim blogu deklaruje, że zajmuje ją ostatnio głównie promowanie „Siły nawyku”. Książkę trudno też przegapić na półkach – połączenie intensywnie żółtego koloru (bliskiego temu którym najpierw CNN, a za nim inne informacyjne stacje, zastąpiły pasek czerwony by przykuć uwagę widza) i czerwonych liter rzuca się w oczy z daleka. Konstrukcja książki też jest świetnie przemyślana – każda opowieść jest opowiedziana na wzór nawyku, według wzoru sygnał- działanie-nagroda. Duhigg za każdym razem rozpoczynając nowy wątek daje nam sygnał – oto widzimy bohatera w stanie klęski . Od razu pozwala zasmakować nagrody – pokazując tego samego bohatera w chwili tryumfu. Po czym każe czekać na pełne smakowanie zwycięstwa opowiadając historię od początku do końca.

Proste historie

Tak dzieje się z Lisą Allen, którą poznajemy jako niepanującą nad swoim życiem ani wagą 34-latką, której małżeństwo właśnie się rozpadło. Niedługo później dzięki wyrobieniu nawyku uprawiania sportu Lisa może stać się bohaterką rubryki „Żyj zdrowo i szczęśliwie”. Drake Stimson, marketingowiec P&G, odkrywając potęgę nawykowego spryskiwania odświeżaczem dopiero co poskładanej pościeli zarabia dla pracodawcy miliardy dolarów. Tony Dungy ćwicząc w zawodnikach odruchy zamiast decyzji wydobywa prowincjonalny klub NFL z gigantycznej zapaści i dociera na szczyt zdobywając upragniony Super Bowl. Michael Phelps dzięki nawykowemu pływaniu bije rekord świata płynąc ostatni dystans na ślepo – z okularami pełnymi wody.  Travis Leach, dziecko narkomanów, wyrasta na jednego z kluczowych menedżerów Starbucksa, Paul  O’Neil doprowadza Alocę do świetności dzięki skupieniu się na nawyku dbaniu o bezpieczeństwo, a Rosa Parks staje się zaczątkiem buntu, który wyniósł na szczyt Martina Luthera Kinga i doprowadził do usunięcia segregacji rasowej z USA.

Tezy Duhigga są proste i pociągające. Po pierwsze – nawykowo robimy znacznie więcej rzeczy, niż nam się wydaje. Poznając mechanizmy nawyków zyskujemy większą kontrolę nad sobą i lepiej rozumiemy innych (to przypadek Drake’a Stimsona). Po drugie – mózg wykształcił nawyki żeby w prostych sprawach zastąpiły myślenie. Jeśli czas reakcji jest kluczowy – a tak jest np. w sporcie – nawyki popchną do działania lepiej (bo szybciej), niż przemyślana decyzja. Tony Dungy wykorzystał to do wejścia na trenerski szczyt NFL. Po trzecie – silne nawyki porządkują życie także w sferach które nie są z nawykiem bezpośrednio związane (nawyki wpajane pracownikom Starbucks pozwoliły dziecku narkomanów stać się wzorowym menedżerem). W ten sposób nawyk staje się kluczowy, czyli zmieniający na lepsze całe życie. Po czwarte – nawyki społeczne mogą w chwili zagrożenia zadziałać jak cement spajając grupy, które wydawały się być słabo ze sobą powiązane (historia Rosy Parks, której aresztowanie za to, że nie ustąpiła w autobusie miejsca białemu Amerykaninowi stało się początkiem ogólnoamerykańskiego ruchu przeciw segregacji).

KISS

Duhigg świetnie stosuje amerykańską zasadę KISS – Keep It Simple, Stupid. Nigdy nie pozwala sobie na wplatanie do opowieści medycznego, psychiatrycznego, czy psychologicznego żargonu którego musiał nasłuchać się i naczytać sporo w czasie zbierania materiałów do książki. Zamiast żargonu cierpliwie tłumaczy czytelnikowi niejasności. Stosuje tu zmodyfikowaną do potrzeb do realiów non-fiction narrację skrzynkową. Kiedy w historii podstawowej pojawia się szczegół wymagający opowiedzenia – Duhigg na chwilę zawiesza główną narrację i rozpoczyna zupełnie nową, z własną pointą. Nie ma tu co prawda opowiadania ustami bohaterów, bo prof. Wolframa Schultza, jednego z autorów badań na których opierał się Duhigg, zapewne trudniej byłoby zmusić  do opowiadania cudzej historii, niż cervantesowskiego don Kichote. Ale i tak jest niezwykle zgrabnie.

Młot (dla czarowników)

Niestety Duhigg uległ niestety pokusie, przed którą w „Psychology od science” przestrzegał Abraham Maslow –   pokusie potraktowania wszystkich problemów jak gwoździe. I próbując wręczyć młotek każdemu czytelnikowi pomija niemal wszystkie ryzyka wiary w uzdrawiającą siłę nawyków. Jeśli stawia pytania to banalne. Jak to, czy osoba która na podstawie bardzo pierwotnego nawyku zabija nieświadomie własną żonę podlega odpowiedzialności karnej. Prawo karne z odpowiedzią na to pytanie poradziło sobie w późnym średniowieczu. Tymczasem Duhigg wydaje się nie rozumieć, że w opisanej przez niego historii Briana Thomasa, Brytyjczyka który we śnie udusił żonę sądząc, że dusi włamywacza – powodem uniewinnienia stało się nie to, że Thomas działał pod wpływem pierwotnego nawyku. Ale to, że działał nieświadomie. Więc nie można mu zarzucić przestępstwa rozumianego jako zawiniony czyn zabroniony.

Duhigg pomija za to znacznie nowsze pytania – takie jak odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w nawyku społecznym. Zbrodnie nazistów którzy nawykowo i perfekcyjnie dokonali rzezi Europy. Zbrodnie ekstremistów Hutu, którzy w ciągu zaledwie 100 dni wymordowali w 1994 roku w Rwandzie milion osób. Tryumf nawyków nad moralnym wyborem nie musi być tak radykalny – w mniejszej skali dotknął każdego z nas, gdy musieliśmy dłużej czekać w kolejce, bo lekarz nawykowo bez kolejki przyjął znajomego pacjenta. Albo kiedy dzwonimy ze służbowego telefonu w prywatnej sprawie. O tych nawykach społecznych pisze w świetnej książce „Wartości, godność i władza. Dlaczego uczciwi ludzie czasem kradną, a złodzieje unoszą się honorem” prof. Marek Kosewski. Najkrótsza odpowiedź na oba pytania postawione w tytule książki prof. Kosewskiego brzmi – uczciwi czasem kradną, a złodzieje unoszą się honorem z nawyku. Przy czym żaden z tych nawyków nie jest godny pochwały – nawet honor złodziei. Opiera się bowiem na specyficznej etyce, położonej znacznie bliżej więziennej grypsery, niż temu, co uznalibyśmy powszechnie za cenny społecznie wzór postępowania.

 Efekt Mozarta

Duhigg ulega jeszcze jednej pokusie – iluzji potencjału. Christopher Chabris i Daniel Simons w książce „Niewidzialny goryl. Jak intuicja nas zwodzi?” opisują kuszącą moc iluzji sugerujących, że wystarczy zmienić położenie jednego przełącznika, żeby nasze życie radykalnie zmieniło się na lepsze. Na początku pierwszej dekady XXI wieku bardzo popularna była iluzja Efektu Mozarta – rzekomego stymulowania intelektu dzieci  muzyką W. A. Mozarta. Do dziś jedynym udowodnionym wpływem Efektu Mozarta jest wpływ milionów dolarów na konta osób, które tę iluzję sprzedają. Z książką Duhigga jest podobnie – jej czytanie, podobnie jak oglądanie „Cosi fan tutte”, sprawia sporo przyjemności. Autorom obu utworów trudno odmówić bardzo wielu trafnych jednostkowo spostrzeżeń . Ale czerpanie z nich jedynych wzorów do życia może się okazać mocno ryzykowne.

 

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Big Data, czyli „Raport całości”

Chcieliby Państwo mieć koło telewizora  medal noblowski z medycyny? Brak lekarskiego wykształcenia właśnie przestał być problemem. Wystarczy udowodnić, że sok z pomarańczy połączony z pewnym typem insuliny wywołuje u cukrzyków odporność na grypę. Jeśli zrobią to państwo na próbie 7 miliardów osób – nikt nie podważy odkrycia, nawet jeśli autor nie będzie miał pojęcia skąd ta odporność.

big data

„Big Data: A Revolution That Will Transform How We Live, Work, and Think”, Viktor Mayer-Schonberger, Kenneth Cukier

Suma danych i strachów

Wielka zmiana już tu jest. Nadeszła razem z Wielką Daną – Big Data – czyli sumą wszystkich cyfrowych danych. I wszystkich cyfrowych strachów. Takich jak te, które rozpaliły polski Internet w styczniowe piątkowe popołudnie, gdy kilka tygodni po giełdowym debiucie Alior Banku jego wiceprezes pochwalił się w TVN CNBC inwestorom, że bank pracuje nad włączeniem Big Data do swojego modelu biznesowego. Klienci banków powinni być wiceprezesowi Aliora wdzięczni – Big Data to najgorętszy temat wielkiego biznesu od co najmniej kilkunastu miesięcy. I zapewne pracują nad nim wszystkie liczące się banki w Polsce. Ale na razie w Polsce z Big Data jest jak z seksem – wszyscy go mają, każdy chciałby wiele razy, jednak publicznie ani mru mru.

Prof. zarządzania Viktor Mayer-Schonenberg i Kenneth Cukier, dziennikarz Th Economist, z Polską nic wspólnego nie mają, więc o Big Data mówić się nie wstydzą. Ich książka jest jedną z pierwszych napisanych nie dla informatyków i specjalistów od metod ilościowych – czyli dla demiurgów Big Data. Ale dla nas, substratu tego mieszania w wielkim kotle z niezliczoną liczbą danych.

Działa. Nieważne dlaczego.

Pierwsza przykra niespodzianka, którą mają dla czytelników Schonenberg i Cukier to zapowiedź końca dyktatu przyczynowości. To na przyczynowości opiera się nasza oświeceniowa duma i nasze przekonanie, że żyjemy w wiekach rozumnych. Wieki ciemne widziały, że pajęczyna zmieszana ze spleśniałym chlebem ułatwia gojenie ran. Wieki jasne wiedzą, że na pajęczynie, zwłaszcza oplatającej chleb, łatwo rozwija się grzyb produkujący penicylinę, niegdyś jeden z najskuteczniejszych antybiotyków.  Big Data sprawia, że znów to korelacja, a nie ciąg przyczynowo-skutkowy, będzie wyznaczała granice naszej wiedzy. Różnica między Big Data a ludową medycyną polega jednak na próbie badawczej. N=all –to podstawowa formuła Big Data. Próbą badawczą są wszyscy. Prof. Piotr Płoszajski z SGH, jedna z nielicznych osób, które w Polsce zajmują się naukowo Big Data, mówi, że istotą Wielkiej Danej jest przetwarzanie danych niejednorodnych. Ale autorzy książki – Schonenberg i Cukier- godzą się na dane jednorodne, byle były całościowe. I podają przykład Farecastera – internetowej usługi, która pozwala przewidzieć, czy lot na który chcą Państwo kupić bilet będzie jutro tańszy, czy droższy. Usługę wymyślił blisko 10 lat temu amerykański matematyk który w samolocie odkrył, że jego sąsiad kupił bilet taniej, mimo że kilka dni później. Matematyk ów stworzył system zbierający minuta po minucie dane o cenach oferowanych przez przewoźników lotniczych w USA na poszczególnych trasach. I odkrył, że zasada „im wcześniej tym taniej” wcale się nie sprawdza. Dzięki stworzonej przez niego bazie (sprzedanej Microsoftowi w 2008 roku za 110 mln dolarów) system przewiduje, czy na tej konkretnej tracie i na pożądany dzień bilet będzie taniał, czy drożał. Odpowiedź na pytanie – dlaczego tanieje, albo drożeje – znają tylko sprzedający, czyli linie lotnicze. Ale skoro Farecaster daje prawidłową odpowiedź w co najmniej 75% przypadków – to można mu wybaczyć, że nie wie dlaczego jest tak mądry.

Droga do nieomylności przed Farecasterem jeszcze pewnie długa – i wiedzie przez tę ulubioną przez prof. Płoszajskiego niejednorodność danych. Jeśli autorom Farecastu uda się połączyć bazę cen z bazą zapytań z wyszukiwarki internetowej o dane połączenie – pewnie uda się skuteczniej przewidzieć liczbę chętnych by kupić bilet następnego dnia. Nigdy nie wiesz jakie jeszcze dane da się wykorzystać w analizie. „Prawdziwa wartość danych jest jak pływająca góra lodowa – na pierwszy rzut oka widzimy tylko jej skrawki, prawdziwa siła ukryta jest pod powierzchnią”. Te same dane okazują się kapitalnie przydatne do prognozowania zupełnie różnych zachowań. I w dodatku tworzą niezniszczalną historię która jest kluczem odkrywania kolejnych korelacji. To  – zdaniem autorów książki – najbardziej fascynująca właściwość Big Data.

Koniec historii prywatności

Zagrożenia są trzy i niestety wszystkie poważne.  Po pierwsze utrata prywatności. Po drugie zgon  domniemania niewinności, czyli kary za same prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa. Po trzecie dyktat liczb.

Prywatność w epoce Big Data staje się pojęciem niemal tak anachronicznym, jak kaligrafia po Gutenbergu. Po pierwsze cyfrowy świat powoduje, że sami chętnie dzielimy się wiedzą o sobie – od wieku, nazwiska partnera, przez liczbę dzieci po miejsce w które lubimy jeździć na wakacje. A to tylko drobna wiązka danych zostawianych przez większość użytkowników Facebooka. W epoce Big Data – danych napływających zewsząd – nie działa już maskowanie tożsamości. W 2006 roku AOL udostępniła pozbawione teoretycznie cech identyfikujących dane o milionach wyszukiwań ich klientów. Potrwało tylko kilka dni zanim na okładkach gazet pojawiła się 62-letnia wdowa Thelma Arnold z Lilburn z Georgii, którą przyłapano m.in. na wyszukiwaniu „60 single men”. Re-identyfikacja w świecie w którym Internet o niemal każdej osobie wie bardzo wiele jest nie do uniknięcia – twierdza autorzy książki.

Domniemanie prawdopodobieństwa

Kara za skłonności zamiast za czyny to świat znany z filmu „Raport mniejszości” z Tomem Cruisem w roli głównej. W „Raporcie…” przewidywaniem przestępstwa zajmowało się troje zatopionych w kleistej mazi niby-ludzi. W sądach w co najmniej połowie stanów USA zajmują się tym komputery. Prof. Richard Berk, z Uniwersytetu Pennsylwanii, twierdzi, że jego oprogramowanie przewiduje z co najmniej 75% skutecznością, czy osoba zwalniana z aresztu stanie się sprawcą/ofiarą zabójstwa. Oprogramowanie korzysta z Big Data. Niezwykłe jest to, ze program nie rozdziela sprawców od ofiar. Nie rozumie korelacji, które ma w bazie, ale potrafi błyskawicznie wyliczyć prawdopodobieństwo. Wizja komputera decydującego o areszcie (wizja, która w USA jest już rzeczywistością) może wywoływać dreszcze, ale czy orzekający o takim środku zapobiegawczym ludzie nie próbują zrobić tego samego co komputer? Przewidzieć prawdopodobieństwa ucieczki, albo popełnienia kolejnego przestępstwa przez podejrzanego? Próbują, tyle że na podstawie mniejszej liczby danych i w sposób bardziej podatny na chwilowe nawet zachwiania poziomu cukru we krwi (dane statystyczne wskazują, że głodni sędziowie znacznie częściej odrzucają wnioski o zwolnienie z aresztu, niż sędziowie po śniadaniu).

Liczbokratura

I w końcu dyktat liczb. Chociaż stosowanie algorytmów decyzyjnych jest zwykle skuteczniejsze, niż opieranie się na niejasnych wrażeniach (tak twierdzą, na podstawie swoich badań, m.in. Daniel Simons i Christopher Chabris, autorzy książki „Niewidzialny goryl”) – prostota decyzji za którymi stoją liczby może odbierać ich właściwy sens. Pewnie każdy z Państwa spotkał się z menedżerem, który nie podejmował żadnej decyzji bez gruntownych badań. Większość decyzji podejmował błędnych, bo nie posiadał żadnej wizji, a mimo to trwał na stanowisku bo za każdym razem miał dla swojego szefa wytłumaczenie – badania tak wskazywały. Rober McNamara, były amerykański sekretarz obrony, amerykański whiz kid, pierwszą sławę zdobył jako specjalista od metod ilościowych w Pentagonie w czasie II wojny światowej. Pomógł armii USA skutecznie i nowocześnie zarządzać dostawami. Niestety zastosowanie tej samej miary – metod ilościowych – w czasie gdy jako cywil nadzorował wojnę w Wietnamie spowodowało utożsamienie postępów w wojnie z liczbą zabitych wrogów. Amerykanie okazali się w tym całkiem skuteczni. Fakt, że wojnę przegrali, w żaden sposób ich nie rozgrzesza ze stosowania tak nieludzkiej metody prowadzenia wojny. Ale nie o potępienie tutaj chodzi, tylko o rozumienie mechanizmu – czyli syndromu młotka. Jeśli masz go w dłoni wszystkie problemy wyglądają jak gwoździe. Będziemy się musieli nauczyć nowych sposobów etycznej oceny decyzji – przewidują Schonberger i Cukier. Te stosowane do ludzi już się dezaktualizują.

 

Będziemy się musieli nauczyć patrzenia na świat po nowemu. Wygląda na to, że wielkie przyspieszenie dopiero się zaczyna. To dobra wiadomość dla ekonomistów behawioralnych. To oni są dziś w szpicy wykorzystywania korelacji do przewidywania co przyniesie przyszłość. To także świetna wiadomość dla ekspertów od metod ilościowych – w Polsce zdecydowanie mniej popularnych, niż w USA (za co pewnie przyjdzie nam płacić kupowaniem w przyszłości amerykańskich technologii). Ale Big Data jest najlepszą wiadomością dla tzw. netokracji. Dziś ludzie tacy jak Zuckerberg, Brin, Page, Ellison czy Bezos nazywani są tak przez pryzmat pieniędzy, które zarabiają dzięki sieci. Pytanie, czy Big Data nie jest zapowiedzią netokracji par excellence.

Leave a Comment

Filed under Recenzje

„Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbanie”, Igor Janke

Angela Merkel tylko przez zupełny brak dyskrecji swojego biografa, Stephana Korneliusa, musiała przyznać, że jej ojciec urodził się jako Horst Kazimierczak (co pewnie więcej mówi o niemieckim wychowaniu Bundeskanzlerin, niż o jej polskich korzeniach). Wiktor vel. Viktor (edytorzy książki sami nie mogą się zdecydować jak pisać to imię) Orban – gdyby tylko odnalazł w siódmej wodzie po kisielu kogokolwiek o nazwisku Urbanowicz – owinąłby się na przyjazd do Warszawy transparentem z tym nazwiskiem. Co pewnie więcej mówi o potrzebie i umiejętności czarowania odbiorców przez Orbana, niż o jego rzeczywistym stosunku do Polski.

Napastnik Igor Janke

„Napastnik”. „Wojujący kowboj”. „Chłopak z prostego biednego domu na samym końcu wsi”, który dostał się na szczyt. A teraz pomaga innymi. Wiktora Orbana, premiera Węgier, który w ciągu trzech lat przejął na Węgrzech władzę niemal absolutną poznajemy razem z Igorem Janke w majtkach w szatni prowincjonalnego, rodzinnego Felcsut, gdy tuż przed meczem ściąga spodnie i wciąga piłkarskie spodenki. Igor Janke już jest oczarowany Orbanem. I taki pozostaje do końca książki.

Całe życie Orbana to zaskakujące gole z przewrotki. Ojciec żarliwego antykomunisty był niezbyt wysokiego szczebla funkcjonariuszem partii komunistycznej. Matka w politykę nie angażowała się wcale. „W mojej rodzinie nie było niczego, co pchnęłoby mnie w stronę antykomunizmu” – przyznaje Jankemu Orban. Podobnie jak nie było niczego, co pchnęłoby go w stronę religijnej żarliwości. Takiej, która dawnemu antyklerykałowi walczącemu przeciw reprywatyzacji majątków kościelnych i religii w szkołach każe tkać swoje przemówienia wyborcze z biblijnych cytatów i zmieniać prawo by partia rządząca mogła faworyzowania kościół katolicki i kalwiński – z którymi Orban związany jest dziś przez żonę i przez własną konfirmację.

Życie pełne goli z przewrotki i „shooting from the hip”. Styl kowboja Orban kocha bezgranicznie. Uczył się go– jak twierdzi Laszlo Keri, jeden z rozmówców Jankego, oglądając piętnastokrotnie „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, tasiemcowy, trwający prawie 3 godziny tzw. spaghetti western nakręcony w 1968 roku przez Włocha Sergio Leone. Laszlo Keri dziwi się, że tak długi i nudny (to ocena Keriego, krytycy filmowi mają inne zdanie, zwłaszcza na temat edycji skróconej do 155 minut) film można zobaczyć 15 razy? Czytelnik zapyta raczej– skąd Keri wie, że Orban oglądał film dokładnie 15 razy? Nie prawie 15, blisko 15, z 15. Zaskakująca dokładność.

Przemiana Orbana z piłkarza-kobieciarza („w szkole 90% poświęcałem na piłkę, 10% na dziewczyny. Na inne rzeczy czasu nie było”) zaczęła się – według Jankego – w wojsku. Trafił do niego na początku lat 80-tych. Orban twierdzi, że gulaszowa armia zasiała w nim powoli kiełkującą niechęć do gulaszowego socjalizmu. Nuda i bezsensowna musztra. „Jednemu z oficerów strzelił raz z otwartej ręki w twarz, za co trafił na kilka dni do karceru” – pisze Janke. Z czyjej to relacji? „Samego Orbana” – przyznał w rozmowie ze mną Igor Janke. Szkoda, że to relacji niezweryfikowana– ani żadnymi dokumentami, ani nawet pytaniem do pojawiającego się przecież w książce Gabora Fodora, kolegi Orbana z którym przyszły premier odbywał służbę wojskową. Daniel Kahneman, autor świetnej „Thinking. Fast and Slow” (w Polsce wydanej przez Media Rodzina od Poznań jako „Pułapki myślenia”) opisuje różnicę jaźni doświadczającej i pamiętającej. Po 30 latach nawet przy najlepszej woli opowiadającego łatwo pomylić rzeczywiste zdarzenia z własnego życia z planami, albo nawet usłyszaną opowieścią. Trudno więc powiedzieć ile w słowach Orbana jest wspomnień prawdziwych, a ile fałszywej pamięci, skoro nie słyszymy nikogo, kto pamiętałby je z innej perspektywy. Podobnie jest zresztą ze wspomnieniami dotyczącymi grudnia 1981 roku i zagęszczającej się sytuacji wokół Polski. Klarująca się dopiero w głowie Orbana ocena węgierskiego komunizmu kontrastuje z tym, jak wspomina on obawy, że oddział Viktora Orbana i Gabora Fodora zostanie wysłany do Polski w ramach bratniej interwencji. „Miałem ogromny dylemat moralny. Co zrobić, jak każą nam jechać? Kochaliśmy Polskę. Jechać do Polski i robić coś przeciwko Polakom to byłoby straszne”.

Im bliżej współczesności – tym relacji ze źródeł innych, niż narracja Orbana, jest na szczęście więcej. Pierwsza konferencja prasowa Fideszu, założonego 30 marca 1988 roku przez grupę przyjaciół z Kolegium Etvosa, relacjonowana jest za materiałami węgierskiej esbecji (niestety nie źródłowymi, ale cytowanymi za węgierską książką o Fideszu). Ale nawet kiedy słuchamy osób innych niż sam Orban – zawsze są to postacie z jego kręgu. Współpracownicy obecni, byli, czasem z Orbanem poróżnieni. Najbardziej krytyczny głos to cytowany przez Jankego, bez podania nazwiska, młody fideszowiec krytykujący chaotyczne decyzje swojego przywódcy:  „Jest kompletny chaos. Codziennie zmieniają decyzje”. Ale próżno w „Napastniku” szukać relacji kogoś, kto fundamentalnie z Orbanem się nie zgadza – nie w kwestii metody, ale w co do samego celu do którego Orban dąży.

Najlepszy rozdział książki „Napastnik” to jedyny, który opowiada nie o Orbanie, ale o węgierskich dziennikarzy. Janke, jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, przejmująco opisuje klientelizm węgierskich mediów – zarówno tych po prawej, jak i lewej stronie opinii. To świat, w którym na dziennikarstwo prawdziwe i szczere nigdy nie było miejsca. A dziennikarze tacy jak Tamas Bodoky, przez chwilę bohater prawicy po serii artykułów opisujących brutalność węgierskiej policji tłumiącej zamieszki z 2006 roku – natychmiast są przez nią niszczeni gdy zaczynają opisywać machlojki działaczy Fideszu. I vice versa, lewica Gyurcsanyego nie jest w tych praktykach ani odrobinę inna, twierdzi Janke.

Igor Janke twierdzi, że praca nad książką o Orbanie należała do jego największych dziennikarskich wyzwań. I pasję z jaką Janke traktuje historię upadków i wzlotów Orbana widać na każdej kartce. Ta pasja sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze. Ale na to, żeby zbliżyć się do Isaacsona – jeszcze nie wystarczy.

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Marzec 2013

4 marca

Pamiętają państwo aferę łowców skór? Historię ludzi, którzy za łapówki zabijali pacjentów. Michael Sandel, autor książki „Czego nie można kupić za pieniądze” początku tego zjawiska upatruje w niewinnych z pozoru zjawiskach. Płatnych pasach do szybkiej jazdy, szybszej ścieżce do lekarza za dodatkową opłatą, ubezpieczeniach na życie pracownika z których odszkodowanie może dostać wyłącznie pracodawca. Czy rynkowe metody rozwiązywania wszelkich sporów powodują, że dochodzimy do rozwiązywania sporu o życie metodą „kto da więcej”?

czego-nie-mona-kupic-za-pienidze_sandel

„Czego nie można kupić za pieniądze”, Michael Sandel
„Skończ z okresową oceną pracowników!”, Samuel A. Culbert, Lawrence Rout
„The Bankers’ New Clothes: What’s Wrong with Banking and What to Do about It”, Anat Admati, Martin Hellwig

11 marca

Maj 1942. John Maynard Keynes i Friedrich von Hayek łopatami w ręku, na dachu King’s College w Oxfordzie razem pilnują zabytkowego budynku przed niemieckimi bombami zapalającymi. To jedyny moment w życiu wielkich adwersarzy ekonomii, kiedy mieli nie tylko wspólny cel, ale też zgadzali się co do środków. Keynes kontra Hayek – wspólna biografia ludzi, którzy razem zmienili ekonomię. I pytanie – czy Keynes byłby Keynesem bez Hayeka, a Hayek Hayekiem bez Keynesa?

keynes_kontra_hayek_spor__ktory_zdefiniowal_wspolczesna_ekonomie_wapshott

„Keynes kontra Hayek” Nicholas Wapshott
„Inwestycje w badania i rozwój”, Małgorzata Knauff
„Work Like a Spy: Business Tips from a Former CIA Officer”, J. C. Carleson

18 marca

Jeśli Twój produkt jest tak nowatorski, że nie widzisz dla niego konkurencji – to albo jesteś idiotą i chcesz podbić rynek który nie istnieje. Albo nieudolnym idiotą, który nawet nie potrafi sprawdzić w Internecie z kim chce konkurować. Guy Kawasaki, legenda amerykańskiego marketingu, jeden z pionierów Apple’a, bezwzględnie ściąga  na ziemię biznesowych marzycieli dzieląc przez 10 wszystkie ich biznesowe prognozy. A robi to z rzadko spotykanym w biznesowych lekturach poczuciem humoru.

kawasaki

„Powrót do rzeczywistości”, Guy Kawasaki
„Zachowanie nabywców produktów luksusowych”, Tomasz Sikora
„Angela Merkel: Die Kanzlerin und ihre Welt, Stefan Kornelius

25 marca

Dlaczego wielbiciele Apple’a nigdy nie byli rozczarowani premierami?  Bo Steve Jobs nigdy niczego im nie obiecywał. Nawet dnia premiery. Obiecuj mało a nigdy nikogo nie zawiedziesz –  pisze do swoich czytelników autor książki „Sympatyczna perswazja”. I sam nie obiecuje, że będzie łatwo – bo wzbudzanie sympatii – chociaż opłacalne w biznesie – jest sportem dla wytrwałych. Czy Konrad Pankiewicz będzie dla Państwa wystarczającym trenerem w tym sporcie?

sympatyczna perswazja pankiewicz

„Linie uskoku”, Raghuram G. Rajan
„Sympatyczna perswazja”, Konrad Pankiewicz
„The Great Tax Robbery: The: How Britain Became a Tax Haven for Fat Cats and Big Business”, Richard Brooks

Leave a Comment

Filed under Spis książek

Luty 2013

4 lutego

Czy opłaca się pozwolić na homoseksualne małżeństwa? Na poligamię? Selekcję płci? Czy handel organiami przyniesie więcej szkód, czy korzyści? Czy płacąc za wjazd do miasta zapłacimy jednak mniej niż stojąc w mega-korkach? Dwaj Amerykanie – noblista Gary Becker i sędzia Sądu Najwyższego Richard Posner zamiast kierować się przesądami – postanowili wszystko policzyć. Ale czy policzyć oznacza to samo co matematycznie dowieść ? „Nieoczywistości. Ekonomiczna teoria wszystkiego” Beckera i Posnera, a także „Kod skuteczności. O jakości myślenia i działania” Jacka Pogorzelskiego i teoria hiszpańskiej klasy próżniaczej, czyli “Qué hacer con Espana?” byłego szefa banku Goldman Sachs w Hiszpanii – Césara Molinasa.

becker

11 lutego

Kapitalista-zawadiaka znów jest na tropie zysków. Jim Rogers, rynkowy rekin, azjatycki neofita, a poza tym człowiek, który – jak pewnie mogli się Państwo przekonać z wywiadów m.in. dla TVN CNBC – nie odbiera życia zbyt poważnie – poważnie traktuje swoich fanów. 4 lata po ostatniej książce która wydawała się być jego rynkowym testamentem – wydał kolejny równie rynkowy, co życiowy poradnik.  „Street smarts” – uliczno-giełdowi bystrzacy. A oprócz Rogersa także kulisy handlu kakao w „Gorzkiej czekoladzie” Katarzyny Szeniawskiej i Błażeja Popławskiego, oraz technologia jako kamień filozoficzny rozwoju gospodarczego w „Wiedzy i bogactwie narodów” Davisa Warsha.

street smarts jim rogers

Nagrania tego odcinka w tvnplayer.pl

18 lutego

Jeśli jakość myślenia jest kluczowa dla jakości biznesu – to książki o tym co widzimy, a co nam się wydaje przegapić  nie można. Czy to możliwe, żeby widzieć liczby czarno na białym świadczące o nadciągającej katastrofie i ich nie zobaczyć? Nie mówię – nie zrozumieć. Nie mówię – nie dostrzec wagi. Mówię – nie dostrzec liczb. Możliwe, skoro można przeoczyć goryla wbiegającego na boisko do koszykówki tylko dlatego, że jest się zajętym liczeniem piłek. Dowód? W książce „Niewidzialny goryl” Christophera Chabris i Daniela Simonsa. A także pierwsza od 2004 roku książka Bena Bernanke – oparta na serii wykładów „The Federal Reserve and the Financial Crisis”.

Bernanke FED and the financial crisis

25 lutego

Pamiętają państwo ile zdjęć zrobili swojemu dziecku w dniu jego narodzin? Do ilu bliskich te zdjęcia dotarły? Ile maili, smsów, mmsów i postów na facebooku? W ciągu pierwszego dnia życia człowieka staje się on źródłem większej ilości danych, niż tkwi w Bibliotece Kongresu – piszą autorzy książki „The Human Face of Big Data”. Niedawne wypowiedziane w TVN CNBC słowa wiceprezesa giełdowego banków o biznesowym wykorzystywaniu Big Data wywołały sporą burzę, bo boimy się zwykle tego, czego nie znamy. Czy XXI wiek będzie zatem wiekiem walki o Wielką Daną z ludzką twarzą? „The Human Face of Big Data” Ricka Smolana i Jennifer Erwitt. A także „Zakupologia. Prawdy i kłamstwa o tym, dlaczego kupujemy” MartinaLindstroma i „Napastnik. Opowieść o Wiktorze Orbanie” Igora Janke
Napastnik Igor Janke

Leave a Comment

Filed under Spis książek

Styczeń 2013

7 stycznia
Mocnym akcentem rozpoczęliśmy 2013 rok. „Pułapki myślenia” to wydana po polsku słynna – choć istniejąca ledwie od roku – książka „Thinking. Fast and slow.” Daniela Kahnemana. Przyznam szczerze, że przegapiłem ją o kilka tygodni – bo miałem uwagę nastawioną na przeczesywania rynku pod kątem tytułu „Myślenie. Szybkie i wolne” (patrz rozdział książki poświęcony doświadczeniu z niewidzialnym gorylem). Tymczasem wydawca zaskoczył mnie „Pułapką”. Ale dla czytelników którzy nie zostali zmyleni przyzwyczajeniem do oryginału (patrz rozdział dotyczący primingu, czyli torowania) to prawdopodobnie bardziej przyciągający tytuł. To książka z kategorii „olśnienia”. Po niej świat wygląda inaczej. Niekoniecznie lepiej. Gdybym miał ją skrócić do jednego wersu- posłużyłbym się słowami „Pochwała złego o sobie mniemania”. Albo co najmniej – pochwała sobie samemu niedowierzania. Tylko ono jest w stanie uchronić nas od części, części zaledwie, pułapek.

Kahneman Pułapki Myślenia
„Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym”, Daniel Kahneman

„Międzyrynkowa analiza kursów walutowych”, Ashraf Laidi

Nagranie tego odcinka Górnej Półki w tvnplayer.pl

14 stycznia

Zawartość książki „Odkrywając wolność” Leszka Balcerowicza jest jak „Ulisses” Joyce’a – prawie wszyscy go znają, ale prawie nikt z przeczytania. Balcerowicz zebrał w swoim pokaźnym zbiorze (to najgrubsza książka, jaka dotychczas pojawiła się w Górnej Półce) zebrał teksty klasyków liberalizmu i liberałów zaskakujących. Wiele z tych tekstów nigdy wcześniej nie pojawiło się w języku polskim. Oczywiście von Hayek, oczywiście Nozick, ale skąd się tam wziął Mario Vargas Llosa? Można nie być ultraliberałem, można nie być nawet liberałem umiarkowanym żeby eseje zebrane przez prof. Balcerowicza uznać za program obowiązkowy dla osób ceniących refleksję nad światem.

odkrywając wolność - leszek balcerowicz
„Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów”, pod red. Leszka Balcerowicza

„Scrum. O zwinnym zarządzaniu projektami”, Mariusz Chrapko

„The Antidote: Happiness for People Who Can’t Stand Positive Thinking”, Oliver Burkeman
Nagranie tego odcinka Górnej Półki w tvnplayer.pl

21 stycznia

Coraz więcej tekstu, coraz mniej mniej minut. Coraz więcej tekstu na każdą minutę. Jeśli trudno się Państwu skupić na tekście dłuższym, niż kilka akapitów – czas zastanowić się, czy to Internet spłycił Państwa umysł – jak twierdzi Nicholas Carr, wieloletni autor Harvard Business Review. Czeka nas umysłowa płycizna, czy też Carr reaguje na Internet jak widzowie filmu braci Lumiere na lokomotywę na ekranie?

Biznes, ekonomia Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg
„Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”, Nicholas Carr
„Polak w świecie finansów”, Dominika Maison
„China’s Superbank: Debt, Oil and Influence – How China Development Bank is Rewriting the Rules of Finance”, Henry Sanderson, Michael Forsythe

Nagranie tego odcinka Górnej Półki w tvnplayer.pl

28 stycznia
Sylvia Nasar, która 15 lat temu wzruszyła czytelników biografia Johna Nasha – tym razem napisała książkę o nie zawsze genialnym życiu ekonomicznych geniuszy. Pełna wzlotów i upadków, ale jednak optymistyczna opowieść o tym, że to ludzie – a nie ślepy los – zmienia świat na lepsze. A narzędziem tej zmiany jest właśnie ekonomia.

wielkie_poszukiwanie_nasar
„Wielkie poszukiwanie. Historia ekonomicznego geniuszu”, Sylwia Nasar
„Sklepy internetowe”, Marzena Feldy
„To Sell Is Human: The Surprising Truth About Moving Others”,
Daniel H. Pink
Nagranie tego odcinka Górnej Półki w tvnplayer

Leave a Comment

Filed under Spis książek