Author Archives: admin

Przejrzeć Steve’a. „Carmine Gallo – Steve Jobs: Sztuka prezentacji”

John Lennon, Paul McCartney i George Harrison zanim odnieśli swój największy sukces* przez 10 lat nieustannie ćwiczyli, grając w zespole, który finalnie przybrał nazwę „The Beatles”. Steve Jobs, jakiego pamiętamy z olśniewających prezentacji iPoda, iPhone’a, czy MacBooka, ćwiczył swoje umiejętności ponad 20 lat, a każdy slajd przez dziesiątki godzin.   Jeśli stać Cię na taki wysiłek – śmiało sięgaj po książkę Carmine Gallo „Steve Jobs: Sztuka prezentacji. Jak świetnie wypaść przed każdą publicznością”. Jeśli nie – i tak warto ją przeczytać, chociaż o sławie Beatlesów i Jobsa możesz od razu zapomnieć.

 

Straszne dobrego początki

Książka Carmine’a Gallo, byłego dziennikarza biznesowego, od 2001 roku doradzającego korporacjom w komunikacji z rynkiem, zaczyna się fatalnie. Od obwieszczenia światu oczywistej oczywistości – zanim coś powiemy – warto zastanowić się co mamy do powiedzenia. Przez dwa pierwsze rozdziały („Planujemy analogowo” i „Odpowiedź na najważniejsze pytania”) przez strony z rzadka przemykają praktyczne i odwołujące się do tytułowej obietnicy (poznasz sztukę prezentacji Steve’a Jobsa) wskazówki takie jak – zaplanuj prezentację na kartce, ponieważ pozwala to skupić się na jej sensie, a nie graficzno-animacyjnej warstwie, czy poświęć jeden slajd tylko jednej myśli. Ale jeśli nie jesteś w kwestii prezentacji biznesowych zupełnym żółtodziobem – trudno będzie Ci się oprzeć się wrażeniu, że truizm goni truizm i gorzej być nie może. Gallo szybko wyprowadza nas jednak z błędu rozdziałem trzecim, w którym płycizną spostrzeżeń metafizycznych może konkurować wyłącznie z Paulem Coelho. Swoje trzy grosze dorzuca tutaj również fatalne przetłumaczenie tytułu rozdziału na tautologiczne „Rozwijamy mesjanistyczne poczucie misji” (w oryginale „Develop a Messianic Sense of Purpose”).

 

Pozwól, by inni mówili Twoimi słowami

Może Gallo uległ szatańskim podszeptom wydawcy, żeby napisać coś o osobowości Jobsa, a może po prostu chciał trzema fatalnymi rozdziałami stworzyć kontrast do coraz lepszych kolejnych. Ten drugi zabieg rzeczywiście działa. Rozdział czwarty, czyli „Twitterowe nagłówki” rozpoczyna część książki, od której powinno się zacząć jej czytanie. Gallo przygląda się hasłom, jakie Jobs umieszczał na swoich slajdach. Nie znalazł wśród nich „Poznajcie supercienki notebook z niesamowicie szybkim procesorem”, tylko „Najcieńszy notebook świata”. Nie ma „Telefonu z wyświetlaczem reagującym na dotyk dwoma palcami pozwalającego łatwo korzystać z Internetu” – jest słynne „Apple na nowo wynalazł telefon”. To prawda, nie w każdej prezentacji biznesowej można sobie pozwolić na tak buńczuczne hasło, ale w każdej można przekazać chwytliwy slogan, którym nasi widzowie zaczną się posługiwać jak swoim. Na tym zresztą – pisze Gallo – polegała chwytliwość haseł Jobsa – były tak zgrabne, że po prezentacji zaczynały żyć własnym życiem.

 

Gdyby Gallo znał w chwili pisania swojej książki „Pułapki myślenia” Daniela Kahnemana (a znać nie mógł, ponieważ „Steve Jobs: sztuka prezentacji” wyszła 2 lata przed „Pułapkami myślenia”) pewnie zauważyłby, że hasła Jobsa odwołują się do tego, co Kahneman nazywa „myśleniem szybkim”. To hasła takie jak „Uciekaj pożar!”. W ułamku sekundy wiadomo o co chodzi. Tymczasem prezentacje które zwykle tworzymy zdecydowanie przypominają chłodno-racjonalny styl Billa Gatesa (porównaniu języska Jobsa i Gatesa Gallo poświęca osobną część), styl myślenia wolnego, opartego o racjonalne argumenty. U Gatesa to samo hasło – „Uwaga pożar!” brzmiałoby zapewne „W sytuacji nagłego wzrostu temperatury wywołanej utlenianiem węgla oddal się w obawie przed termiczną denaturacją białek”.

 

Gallo na nowo wymyśla historię

Sprawa zauważenia przez Carmine’a Gallo dorobku nauki i kultury wspierających sztukę prezentacji

Carmine Gallo

Carmine Gallo

Jobsa nie jest jednak aż tak oczywista. Jednym z najciekawszych rozdziałów książki jest ten, w którym Gallo pokazuje z jaką niezwykłą konsekwencją Jobs stosuje trójkową kompozycję swoich prezentacji i przemówień. Twórca Apple’a zawsze ma do przekazania swoim widzom trzy proste rzeczy. I robi to w trzech oczywistych krokach. A powody, dla których warto mu uwierzyć zawsze są trzy (nawet jeśli na końcu zdarzy się coś jeszcze – Jobs obwieszcza wtedy, że ma jeszcze niespodziankę). Entuzjazm Gallo dla jobsowskiego trójpodziału jest tak gorący, że czekałem na pointę rozdziału „Jobs na nowo odkrył prawa kompozycji”. Jakby świat rozpoczął się na Macworldzie i nie było wcześniej pitagorejskiego początku, środka i końca, nie było trójcy świętej, „omne trinum perfectum”, „Boh trojcu lubit’ „, ani trójpodziału władzy.

 

Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć

Ulubioną częścią książki jest dla mnie ta poświęcona ćwiczeniom i nieustannemu poprawianiu tego, co uważamy za już doskonałe. W taki właśnie sposób Jobs stał się mówcą  doskonałym. Największym zaskoczeniem odkrycie, że Jobs mimo setek godzin poświęconych na przygotowanie i ćwiczenie kilkunastoslajdowej prezentacji – posługiwał się notatkami. To pewnie z tego powodu funkcja tworzenia notatek widocznych tylko dla autora prezentacji najpierw pojawiła się w applowskim Keynote, a dopiero kilka lat później docenili ją twórcy PowerPointa. W 2007 roku, kiedy iPhone ujrzał światło dzienne, Jobs prezentował m.in. jakie możliwości daje zainstalowana w iPhonie aplikacja Google Maps. Spójrz na 46 minutę tego filmu.

Jobs znalazł w Google Maps miejsce w którym odbywała się konferencja, następnie odszukał najbliższą kawiarnię Starbucks, wprosto z Google Maps zadzwonił do Starbucksa i na oczach zgromadzonych zamówił 4 tys. kaw latte (dla wszystkich zgromadzonych na prezentacji). Szybko sprostował, że to tylko żart i się rozłączył. Publiczność buchnęła śmiechem. Ale jeden z widzów prezentacji uchwycił aparatem kartkę z notatkami Jobsa, gdzie cały ten spontaniczny żart został wcześniej zaplanowany i opisany.

Notatki Jobsa do prezentacji iPhona, 2007

Takich dekonstrukcji Jobsa w książce Gallo jest sporo. Mocną stroną książki jest nieustanne odwoływanie się źródeł wideo – tę książkę można i należy czytać z ekranem w dłoni. Gallo podaje konkretne linki do filmów dostępnych na YouTube, pokazujących omawiane przez niego w książce prezentacje. Nie wszystkie linki są jeszcze aktywne, ale dość łatwo jest odnaleźć te same filmy w innych miejscach. To, czego brak w samej książce to slajdów Jobsa w wersji graficznej. Zapewne wynika to z faktu, że Jobs miał obsesję kontroli – zatem Gallo nie miał szans zdobyć licencji na ich publikację. Radzi sobie z tym problemem całkiem zgrabnie- każda z omawianych prezentacji przedstawiana jest jako składająca się z dwóch kolumn tabela. W prawej kolumnie znajduje się krótki opis tego, co znajdowało się na slajdach. W lewej kolumnie-  cytowane są słowa Jobsa poświęcone każdemu ze slajdów.

 

Wracając do głównego przesłania książki i muzycznych analogii od których zaczyna się ta recenzja – w  jednym z najbardziej brodatych polskich żartów spóźniony muzyk pędzi do filharmonii w słabo znanym sobie mieście i zgubiwszy drogę krzyczy przez uchylone okno opierającego się o hydrant pracownika miejskiego zakładu wodociągów „Panie, jak trafić do filharmonii?” Na co pykający papierosa mężczyzna odpowiada ze stoickim spokojem „Ćwiczyć. Ćwiczyć. I jeszcze raz ćwiczyć.”. To, co zrobił Jobs nie jest więc wiedzą tajemną. Nie wiemy tylko dlaczego nie wszystkim nam chce się tak, jak Jobsowi.

 

I jeszcze jedno

Jedną z głównych wad książki Gallo jest fakt, że dość trudno ją dziś dostać. O ile mi wiadomo miała w Polsce tylko jedno wydanie. Nie ukrywam, że z tego powodu poczyniłem z niej szersze, niż zazwyczaj notatki**. Jeśli nie uda się wam jej znaleźć w Polsce – w ciągłej sprzedaży dostępna jest – również jako ebook – w USA.

——

* Muzycy występowali od 1956 roku pod nazwą The Quarrymen, album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band nagrali w 1966 roku. Ze Stevem Jobsem łączy ich nie tylko wytrwałość w dążeniu do sukcesu – ale także nazwa firmy, którą założyli. Apple Corps powstała w 1968 roku jako biznesowe ramie Beatlesów, zajmujące się głównie eksploatacją praw do nagrań.

** Dziękuję bardzo mojemu bardzo oczytanemu współpracownikowi, Grzegorzowi Wziętkowi z firmy New Media Ventures, za wypożyczenie mi tej książki.

Leave a Comment

Filed under Recenzje

SCRUM. Ewolucja na turbodoładowaniu

Ta historia rozpoczyna się prawie 70 lat temu. 5 lat po II wojnie światowej dawni sprzymierzeńcy – ZSRR i USA – stają po dwóch stronach frontu. Choć Stalin niechętnie patrzy na wysłanie do Korei armii lądowej – z głębi Chin startują rosyjskie myśliwce MiG-15. Arcydzieło techniki. 1,4 tys. km zasięgu. Pułap – 15,5 km. 1,1 tys. maksymalnej prędkości. I niesamowity ciąg 26,5  kN, dający możliwość wznoszenia o 50 metrów w ciągu sekundy. MiG-15 w każdej kategorii niemal na głowę bił F-86 Sabre, którym dysponowali Amerykanie. A jednak to Amerykanie wygrali wojnę koreańską chwaląc się m.in., że każde 10 strąconych MIGów kosztowało ich zaledwie jednego straconego F-86*.

Manewruj albo giń

Tej historii nie znajdziesz w książce „Zarządzanie projektami ze SCRUMem.”** Ale decyduje ona o tym, dlaczego  musisz poznać SCRUMa – niezależnie od tego, czy zajmujesz się produktem, finansami, czy sprzedażą.

 

Zastanawiając się nad fenomenem – dlaczego ewidentnie słabsze amerykańskie samoloty rozniosły radzieckie MIGI – John Boyd, jeden z najbardziej znanych amerykańskich instruktorów lotnictwa doszedł do wniosku, że kluczowe znaczenie miała budowa kokpitu. Amerykańscy piloci mieli nad głowami w pełni przejrzystą owiewkę, która pozwalała im na obserwację zdecydowanie szerszego pola. Radzieckim pilotom widok do góry i na boki częściowo zasłaniały słupki. Boyd uznał, że co prawda Rosjanie mogli realizować manewry lepiej ale – z powodu ograniczeń w polu widzenia – później podejmowali decyzje o ich rozpoczęciu. W ten sposób narodziło się prawo Boyda – o sukcesie decyduje nie precyzja działania, ale tempo podejmowania zmian. Ewolucja na turbodoładowaniu. Przetrwają tylko najlepiej dostosowane produkty. Tym właśnie jest SCRUM.

Właściciel produktu to nie kierownik projektu

„Zarządzanie projektami ze SCRUMem. Twórz produkty, które pokochają klienci” Romana Pichlera w sam raz nadaje się do tego, żeby poznać SCRUM na biznesowym poziomie. Pichler należy do grupy najbardziej doświadczonych europejskich trenerów SCRUM. Urodzony w 1970 roku w Niemczech, karierę autora książek zaczął w 2007 roku tytułem „Scrum – Agiles Projektmanagement erfolgreich einsetzen”. Od prawie dekady mieszka jednak w Londynie i kolejne książki wydaje już po angielsku.

Pichler rozpoczyna swoją książkę od opisania właściciela produktu. Osoby, która ma wizję i potrafi ją zrealizować. Jest liderem, ale takim, który nie zdusi zespołu (samoorganizujący się zespół to – obok właściciela produktu – drugi kluczowy zasób SCRUM). Komunikuje czego oczekuje, ale negocjuje jak cały zespół to osiągnie. Pichler wskazuje też dlaczego nie należy mylić właściciela produktu z kierownikiem projektu. Od kierownika projektu nikt nie oczekuje wizji. Ma być wykonawcą. W dodatku rozliczać zespoły, których nie jest członkiem. Właściciel produktu nie rozlicza, tylko dowodzi i płynie na tej samej łodzi, co reszta zespołu. Mniej miejsca Pichler poświęca SCRUM Masterowi, konsekwentnie  nazywanemu w tej książce „mistrzem młyna” (pojęcie SCRUM Master, które ugruntowało się już w biznesowo-projektowym języku także w Polsce nie pojawia się ani razu). Za to bardzo dokładnie przygląda się procesowi budowania i nieustannego poprawiania wizji produktu. W tym nieustannym poprawianiu znajduje odzwierciedlenie prawo Boyda i powiedzenie Amerykanina: „to, gdzie znajdujesz się dziś nie ma tak dużego znaczenia jak to, gdzie znajdziesz się jutro”. Pichler przestrzega więc nieustannie przed wizjonerskim zadufaniem. „Tworzenie wizji jest procesem odkrywania, pozyskiwania wiedzy i uczenia się, co wymaga eksperymentów”. Czyli nieustannego sprawdzania, czy wizja twórcy i potrzeby odbiorcy nadal się ze sobą zgadzają. Proponuje tu zresztą zastosowanie tzw. cyklu Deminga, twórcy doskonałości japońskiego przemysłu, o którym jego ojczyzna – czyli USA – przypomniała sobie dopiero gdy w latach 80-tych amerykańskie marki zaczęły tracić rynek na rzecz konkurencji zza Pacyfiku. „Wypuszczaj produkt szybko, obserwuj reakcję rynku i dostosowuj do niej swój produkt” – pisze Pichler. Truizm. Ale im genialniejszy produkt właśnie wymyśliliśmy – tym trudniej będzie zastosować radę Pichlera.

Poker planistyczny i tajemnicze „story points”

Jednym z najciekawszych rozdziałów książki „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” jest ten poświęcony planowaniu wydania. Wydanie produktu to jego konkretna wersja. Każde nowe wydanie musi być w sposób zauważalny dla użytkowników lepsze od poprzedniego. Co nie oznacza, że musi być w całości inne. Pichler sprawnie opisuje planowanie wysiłku, który jest potrzebny na realizację wydania – i świetnie tłumaczy czym są „story points” (a z naocznego doświadczenia wiem, że nawet doświadczeni właściciele produktu miewają problem z wytłumaczeniem istoty „story points” doświadczonym menedżerom). Pichler proponuje, by kolejne nominały tej SCRUMowej waluty miały wartość 1, 2, 3, 5, 8, 13…., nie jednak nie 21 jak wskazywałby ciąg Fibonacciego, ale 20. Niestety autor nie tłumaczy skąd się bierze ta 20-stka. W startupowym towarzystwie na pewno przyda się też wiedza czym jest „poker planistyczny” i wykres spalania – to zresztą sposób kontrolowania postępu prac, który przyda się nie tylko SCRUMowcom.

Karty do pokera planistycznego

 

Książka Pichlera nie dla SCRUM Mastera

Książka Pichlera jest na wskroś praktyczna. Nie znajdziemy w niej efektownych porównań (choć celnych zdań nie brak), ani własnych koncepcji autora dotyczących drogi rozwoju zwinnych metodyk. Nie jest to również książka dla osób, które postawiły sobie za cel zostanie (albo już zostały) SCRUM Masterem, czyli mistrzem młyna. Dla nich to co najwyżej przystawka przed głównym daniem. Ale dla stykających się ze SCRUMem menedżerów – w sam raz. A na przeczytanie wystarczy zarezerwować sobie jedne, góra dwa wieczory.

 

Paris – Mondial de l’automobile 2016 / Mercedes MAYBACH 6

W czasie, kiedy czytałem „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” w Paryżu trwał właśnie doroczny salon samochodowy. Pierwszy, na który marki z ojczyzny Romana Pichlera przywiozły bardzo silną reprezentację aut elektrycznych. Zdążyli na ostatnią chwilę, bo odkąd zaprzyjaźniłem się ze SCRUM nie mam już wątpliwości, że auta elektryczne wygrają ze dieslami. Nie dlatego, że wymusi to jakaś norma Euro X, że są cichsze, ani że mniej się psują. Wygrają, bo można je tworzyć używają SCRUM. A to oznacza, że będą lepsze od spalinowych pod każdym względem.

 

 

—————

* Po otwarciu zimnowojennych archiwów okazało się, że przelicznik był zdecydowanie mniej korzystny dla F-86, niż utrzymywali wcześniej Amerykanie. Ale legenda pozostała.

** Dziękuję Grzegorzowi Mogilewskiemu, który opowiedział mi tę historię i Romanowi Młodkowskiemu, dzięki któremu poznałem Grzegorza Mogilewskiego.

 

 

 

 

Leave a Comment

Filed under Recenzje

Turbomachina sprzedaży – czas start!

Jeśli trafiłeś kiedyś na ogłoszenie o pracę: „Tylko supergwiazdy od XXX tys. do YYY  tys. Dzwoń tylko wtedy, jeżeli w pracy przekraczasz normę i potrafisz to udowodnić” – dzwoń bez zastanowienia. Może autor tego ogłoszenia nie należy do najbardziej oryginalnych – ale bez wątpienia potrafi czerpać z dobrych wzorców. A jeśli chodzi o wybór szefa – to już coś!

zarzadzanie-sprzedaza_188

Autorem wzorca na którym oparł się Twój (być może) przyszły szef jest wydana przez MT Biznes, pod absolutnie niepozornym tytułem „Zarządzanie sprzedażą”, książka Cheta Holmesa „The ultimate seles machine”. Holmes nie był akademikiem jak Drucker, ani celebrytą jak Jeffrey Gitomer. Nie ma nawet swojej strony w angielskim wydaniu Wikipedii (w polskim też nie).  Miał za to cierpliwość, żeby budować sprzedaż obliczoną nie na chwilowy sukces okupiony nadludzkim wysiłkiem, ale na długotrwały efekt, który nie zniszczy najlepszych sprzedawców. I nieco (choć bez przesady 🙂 ) skromności, nie trzeba więc siadać do jego książki z odtrutką na typowy styl amerykańskich mówców motywacyjnych.

Andrzej Blikle, autor jednej z moich ulubionych książek „Doktryna jakości”, pisze, że dobra praca to praca lekka. Profesor Blikle ma w Checie Holmesie silnego sprzymierzeńca. Holmes zaczyna swoją książkę nie od 3, 10 czy 15 technik skutecznej sprzedaży, ale od rzeczy przyziemnej – porządkowania własnej skrzynki pocztowej. I takiego zorganizowania rzeczywistości, żeby czytelnik książki nie potykał się o własne nogi. Można to nazywać szumnie „Zarządzaniem czasem”, można mniej widowiskowo – usuwaniem barier. Albo „Traktatem o dobrej robocie”, którego Holmes raczej nie znał, ale nie jest mu daleko do prof. Kotarbińskiego.

Mało natomiast prawdopodobne, żeby Holmes nie znał „Getting things done” Davida Allena*. W jego metodologii zarządzania wyraźnie widać wpływy świetnych koncepcji Allena. Holmes pisze jednak o budowaniu turbomachiny sprzedaży, w którym kluczowa rola należy do szefa sprzedaży. Dlatego zadaniem czytelnika „The ultimate sales machine” jest wdrożyć cały ekosystem sprawnego działania, a nie – jak u Allena – przede wszystkim usprawnić zarządzanie własnym czasem. Obie koncepcje są jednak dość spójne. Nie zgadzają się tylko w jednym punkcie – Holmes każe planować dzień godzina po godzinie, kiedy Allen odrzuca takie planowanie na rzecz listy z kontekstem działania. W sprzedaży wolę rozwiązanie Holmesa – lepiej dyscyplinuje tych członków zespołu, którzy mają opory przed dzwonieniem do nowych klientów. Brakuje mi natomiast u Holmesa świetnej allenowskiej koncepcji spisywania „najbliższych działań”, czyli podejmowania wstępnej decyzji co zrobić z każdą sprawą z którą się zapoznajemy. Bez tej metody działania trudno będzie wdrożyć naczelną zarówno dla Allena jak i Holmesa zasadę „każdą sprawą zajmuj się tylko raz”.

Chet Holmes wobec swoich podwładnych jest nieco paternalistyczny i taką też metodę zarządzania sprzedażą proponuje swoim czytelnikom. Każe odpytywać z przeprowadzonych szkoleń, a nawet robić kartkówki. W szkoleniu nie chodzi bowiem o szkolenie, ale o efekty. Ogarnięty pasją nieustannej optymalizacji pracy zespołu autor „The ultimate sales machine” żąda od szefa sprzedaży, żeby organizował nawet szkolenia z posługiwania się komputerem. Banalne? Sprawdź we własnym zespole ile osób zna sposób na to, żeby bez odrywania rąk od klawiatury odpowiedzieć na maila w Outlooku, albo jednym naciśnięciem klawiszy skopiować komórkę Excela **.

Holmes nie skupia się jednak tylko na taktyce i codziennej pracy. Każe usuwać bariery, ale przed zdolnymi sprzedawcami. Problemem nie jest to, czy wolimy mieć w zespole zdolne osoby, czy kogoś bez inwencji. Problem polega na tym, jak w ciągu (trwającej zwykle godzinę do półtorej) rozmowy kwalifikacyjnej sprawdzić kto jest diamentem, jak Holmes nazywa najbardziej skutecznych sprzedawców. Chet Holmes po pierwsze radzi szukać cech charakteru – i to takich, które nie muszą zwiastować łatwej współpracy. Ale spowodują, że czterokrotnie odesłany z kwitkiem sprzedawca nie zrezyfnuje, tylko znajdzie inteligentny sposób, by wreszcie dotrzeć z ofertą do właściwej osoby. I daje konkretne narzędzia do tego, żeby posiadanie tych cech sprawdzić, a nie opierać się wyłącznie na deklaracjach kandydata do pracy.

Książka „Zarządzanie sprzedażą” każe szefowi sprzedaży być wymagającym wobec siebie, ale też wobec organizacji. Sprzedaż jest istotą działalności biznesowej, Holmes przedstawia więc strategie jak żądać i wydobywać z własnej organizacji jak najwięcej, by pozostałe działy wspierały sprzedaż. Bez silnego wsparcia marketingu, zakupów, czy logistyki w gruzach legnie bowiem strategia koncentracji na 100 najważniejszych klientach (i szereg świetnych pomysłów Holmesa jak zbudować u potencjalnych klientów biznesowych to, co marketingowcy nazywają „top-of-mind-awarness”).

Ostatnie rozdziały to kwintesencja sprzedaży – prezentacje handlowe, umiejętność oddzielania nabywców rokujących od wstydliwych (którzy niczego od ciebie nie kupią, ale nie umieją się do tego przyznać), czy utrzymywanie relacji z klientami. Holmes nie jest tutaj przełomowy – ale nigdy ani o centymetr nie odchodzi od swojej podstawowej zasady – sprzedaż to system, a nie zrywy od przypadku do przypadku, opierające się o lepsze lub gorsze dni Twoich sprzedawców.

 

Chet Holmes

Chet Holmes

Książka Cheta Holmesa powstała dość dawno – oryginalne wydanie datowane jest na 2006 rok – ale prócz dekoracji – nie widać, żeby się zestarzała. Niestety nie zostanie już zaktualizowana – Holmes umarł w 2012 roku na białaczkę.

 

W niezłej (choć wyraźnie wzorowanej na genialnym „The Snatch” Guya Ritchiego), komedii „Ciało” Babcia Wanda co zabiła Niemca (i – z racji swojego zawodu – także kilku bohaterów komedii) mówi „Wiecie, dlaczego ludzie najbardziej cenią szwajcarskie zegarki? Dlatego, że inne są raz lepsze, raz gorsze. A szwajcarskie są zawsze takie same. Renoma firmy!”. Nie dodała, że szwajcarskie są też najdroższe. Chet Holmes ułatwi Ci zdobycie tej samej renomy. I tej samej ceny.

 

———–

* odsyłam do kilku słów o tej książce na stronie http://produktywnie.pl/164/gtd-getting-things-done-po-polsku/

** Outlook –  Ctrl+R, a następnie Alt+S; Excel – Ctrl+D

Leave a Comment

Filed under Recenzje