Tag Archives: węgry

„Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbanie”, Igor Janke

Angela Merkel tylko przez zupełny brak dyskrecji swojego biografa, Stephana Korneliusa, musiała przyznać, że jej ojciec urodził się jako Horst Kazimierczak (co pewnie więcej mówi o niemieckim wychowaniu Bundeskanzlerin, niż o jej polskich korzeniach). Wiktor vel. Viktor (edytorzy książki sami nie mogą się zdecydować jak pisać to imię) Orban – gdyby tylko odnalazł w siódmej wodzie po kisielu kogokolwiek o nazwisku Urbanowicz – owinąłby się na przyjazd do Warszawy transparentem z tym nazwiskiem. Co pewnie więcej mówi o potrzebie i umiejętności czarowania odbiorców przez Orbana, niż o jego rzeczywistym stosunku do Polski.

Napastnik Igor Janke

„Napastnik”. „Wojujący kowboj”. „Chłopak z prostego biednego domu na samym końcu wsi”, który dostał się na szczyt. A teraz pomaga innymi. Wiktora Orbana, premiera Węgier, który w ciągu trzech lat przejął na Węgrzech władzę niemal absolutną poznajemy razem z Igorem Janke w majtkach w szatni prowincjonalnego, rodzinnego Felcsut, gdy tuż przed meczem ściąga spodnie i wciąga piłkarskie spodenki. Igor Janke już jest oczarowany Orbanem. I taki pozostaje do końca książki.

Całe życie Orbana to zaskakujące gole z przewrotki. Ojciec żarliwego antykomunisty był niezbyt wysokiego szczebla funkcjonariuszem partii komunistycznej. Matka w politykę nie angażowała się wcale. „W mojej rodzinie nie było niczego, co pchnęłoby mnie w stronę antykomunizmu” – przyznaje Jankemu Orban. Podobnie jak nie było niczego, co pchnęłoby go w stronę religijnej żarliwości. Takiej, która dawnemu antyklerykałowi walczącemu przeciw reprywatyzacji majątków kościelnych i religii w szkołach każe tkać swoje przemówienia wyborcze z biblijnych cytatów i zmieniać prawo by partia rządząca mogła faworyzowania kościół katolicki i kalwiński – z którymi Orban związany jest dziś przez żonę i przez własną konfirmację.

Życie pełne goli z przewrotki i „shooting from the hip”. Styl kowboja Orban kocha bezgranicznie. Uczył się go– jak twierdzi Laszlo Keri, jeden z rozmówców Jankego, oglądając piętnastokrotnie „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, tasiemcowy, trwający prawie 3 godziny tzw. spaghetti western nakręcony w 1968 roku przez Włocha Sergio Leone. Laszlo Keri dziwi się, że tak długi i nudny (to ocena Keriego, krytycy filmowi mają inne zdanie, zwłaszcza na temat edycji skróconej do 155 minut) film można zobaczyć 15 razy? Czytelnik zapyta raczej– skąd Keri wie, że Orban oglądał film dokładnie 15 razy? Nie prawie 15, blisko 15, z 15. Zaskakująca dokładność.

Przemiana Orbana z piłkarza-kobieciarza („w szkole 90% poświęcałem na piłkę, 10% na dziewczyny. Na inne rzeczy czasu nie było”) zaczęła się – według Jankego – w wojsku. Trafił do niego na początku lat 80-tych. Orban twierdzi, że gulaszowa armia zasiała w nim powoli kiełkującą niechęć do gulaszowego socjalizmu. Nuda i bezsensowna musztra. „Jednemu z oficerów strzelił raz z otwartej ręki w twarz, za co trafił na kilka dni do karceru” – pisze Janke. Z czyjej to relacji? „Samego Orbana” – przyznał w rozmowie ze mną Igor Janke. Szkoda, że to relacji niezweryfikowana– ani żadnymi dokumentami, ani nawet pytaniem do pojawiającego się przecież w książce Gabora Fodora, kolegi Orbana z którym przyszły premier odbywał służbę wojskową. Daniel Kahneman, autor świetnej „Thinking. Fast and Slow” (w Polsce wydanej przez Media Rodzina od Poznań jako „Pułapki myślenia”) opisuje różnicę jaźni doświadczającej i pamiętającej. Po 30 latach nawet przy najlepszej woli opowiadającego łatwo pomylić rzeczywiste zdarzenia z własnego życia z planami, albo nawet usłyszaną opowieścią. Trudno więc powiedzieć ile w słowach Orbana jest wspomnień prawdziwych, a ile fałszywej pamięci, skoro nie słyszymy nikogo, kto pamiętałby je z innej perspektywy. Podobnie jest zresztą ze wspomnieniami dotyczącymi grudnia 1981 roku i zagęszczającej się sytuacji wokół Polski. Klarująca się dopiero w głowie Orbana ocena węgierskiego komunizmu kontrastuje z tym, jak wspomina on obawy, że oddział Viktora Orbana i Gabora Fodora zostanie wysłany do Polski w ramach bratniej interwencji. „Miałem ogromny dylemat moralny. Co zrobić, jak każą nam jechać? Kochaliśmy Polskę. Jechać do Polski i robić coś przeciwko Polakom to byłoby straszne”.

Im bliżej współczesności – tym relacji ze źródeł innych, niż narracja Orbana, jest na szczęście więcej. Pierwsza konferencja prasowa Fideszu, założonego 30 marca 1988 roku przez grupę przyjaciół z Kolegium Etvosa, relacjonowana jest za materiałami węgierskiej esbecji (niestety nie źródłowymi, ale cytowanymi za węgierską książką o Fideszu). Ale nawet kiedy słuchamy osób innych niż sam Orban – zawsze są to postacie z jego kręgu. Współpracownicy obecni, byli, czasem z Orbanem poróżnieni. Najbardziej krytyczny głos to cytowany przez Jankego, bez podania nazwiska, młody fideszowiec krytykujący chaotyczne decyzje swojego przywódcy:  „Jest kompletny chaos. Codziennie zmieniają decyzje”. Ale próżno w „Napastniku” szukać relacji kogoś, kto fundamentalnie z Orbanem się nie zgadza – nie w kwestii metody, ale w co do samego celu do którego Orban dąży.

Najlepszy rozdział książki „Napastnik” to jedyny, który opowiada nie o Orbanie, ale o węgierskich dziennikarzy. Janke, jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, przejmująco opisuje klientelizm węgierskich mediów – zarówno tych po prawej, jak i lewej stronie opinii. To świat, w którym na dziennikarstwo prawdziwe i szczere nigdy nie było miejsca. A dziennikarze tacy jak Tamas Bodoky, przez chwilę bohater prawicy po serii artykułów opisujących brutalność węgierskiej policji tłumiącej zamieszki z 2006 roku – natychmiast są przez nią niszczeni gdy zaczynają opisywać machlojki działaczy Fideszu. I vice versa, lewica Gyurcsanyego nie jest w tych praktykach ani odrobinę inna, twierdzi Janke.

Igor Janke twierdzi, że praca nad książką o Orbanie należała do jego największych dziennikarskich wyzwań. I pasję z jaką Janke traktuje historię upadków i wzlotów Orbana widać na każdej kartce. Ta pasja sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze. Ale na to, żeby zbliżyć się do Isaacsona – jeszcze nie wystarczy.

Leave a Comment

Filed under Recenzje